Treść orzeczenia
--- STRONA 1 ---
Sygn. akt I C 1082/17 UZASADNIENIE wyroku z dnia 5 grudnia 2018 r. Pozwem z dnia 21 czerwca 2017 roku powód M. N. wniósł o zobowiązanie strony pozwanej – Grupa (...).pl (...). z o.o. sp. k. w K. do złożenia w terminie 14 dni od uprawomocnienia sią orzeczenia oświadczenia o następującej treści Grupa (...).pl spółka z ograniczoną odpowiedzialnością spółka komandytowa, wydawca serwisu (...) przeprasza Pana M. N. za rażące naruszenie Jego dóbr osobistych w postaci czci poprzez bezprawne opublikowanie w serwisie (...) artykułu, który zawierał krzywdzące informacje na Jego temat. Niniejsze oświadczenie ukazuje się na skutek przegranego procesu sądowego.” Powyższe oświadczenie miało zostać opublikowane w serwisie internetowym (...) w górnej części strony głównej, w ramce o wymiarach 750 pikseli szer. x 200 pikseli wys. koloru czarnego o grubości 3 punktów typograficznych, tekst czarny na polu koloru białego, tekst ma zostać sporządzony czcionką Times N. R. o wielkości 24 punktów typograficznych, z wytłuszczeniem imienia i nazwiska powoda. Oświadczenie powinno być czytelne i widoczne dla każdego użytkownika serwisu (...) bez konieczności dokonywania jakichkolwiek dodatkowych czynności przez okres 72 godzin od chwili opublikowania. M. N. domagał się również: - upoważnienia go na zasadzie art. 480 k.c. do opublikowania powyższego oświadczenia na koszt pozwanego w serwisie internetowym (...) - zobowiązanie pozwanego do zaniechania działania naruszającego dobra osobiste powoda w postaci czci poprzez nakazanie usunięcia artykułu „Nazywał kobiety ‘kocmołuchami’. I tak go uwielbiały”, znajdującego się pod adresami (...) oraz (...) z serwisu internetowego (...) ewentualnie jego części tj. treści naruszających dobra osobiste powoda; - zasądzenie od pozwanego na rzecz powoda kwoty 50.000 zł tytułem zadośćuczynienia za naruszenie dóbr osobistych wraz z odsetkami ustawowymi za czas opóźnienia począwszy od 15 marca 2017 roku do dnia zapłaty; - zasądzenie od pozwanego kosztów postępowania, w tym kosztów zastępstwa procesowego według norm przepisanych. Uzasadniając żądanie pozwu powód wskazał, że jest bioenergoterapeutą, a od 1991 roku prowadzi działalność gospodarczą w zakresie usług bioenergoterapeutycznych. Dzięki wielu przypadkom, w których pomógł innym osobom uzyskał szeroką rozpoznawalność. M. N. podał, że w artykule pt. „Nazywał kobiety ‘kocmołuchami’. I tak go uwielbiały.” umieszczonym w serwisie internetowym (...) za który odpowiada strona pozwana, będącym wywiadem z P. P., promującym swoją książkę (...). Najwięksi kanciarze PRL-u i III RP”, pojawiły się stwierdzenia naruszające w sposób rażący jego godność i dobre imię. Do takich powód zaliczył m.in. „bo mowa o kolejnym oszuście, którego losy opisuje pan w swojej książce” poprzez nazwanie go oszustem i stawianie w jednym rzędzie z ludźmi skazanymi prawomocnymi wyrokami sądowymi; „ja go nazywam iluzjonistą” poprzez sugerowanie, iż działania, które niosą pomoc podopiecznym powoda stanowią jedynie iluzję, a nie przynoszą faktycznych pozytywnych efektów; „N. wiele różni od pozostałych bohaterów książki, ale łączy go sztuka budowania czegoś z pozorów” poprzez sugerowanie, iż działania które niosą pomoc podopiecznym powoda stanowią jedynie iluzję, a nie przynoszą faktycznych pozytywnych efektów. Powód zaznaczył, iż zawarte w artykule informacje przedstawiono w sposób tendencyjny, nakierunkowany na zbudowanie w odbiorcach wizerunku powoda jako człowieka chciwego, który budując iluzję nastawiony jest na osiągnięcie ogromnych korzyści majątkowych kosztem naiwnych ludzi. Sam sposób prezentowania zawartych w artykule informacji miał na celu wywołanie negatywnych odczuć u odbiorców. Cechy przypisane powodowi w przedmiotowym artykule dyskredytowały go jako człowieka, jak i osobę wykonującą zawód energoterapeuty. Wykreowany przez stronę pozwaną obraz powoda skrajnie podważa jego pozycję na rynku i może skutecznie zniechęcić do podjęcia z nim jakiejkolwiek współpracy. Przy tworzeniu artykułu nikt nie zwrócił się do powoda celem zasięgnięcia informacji o jego działalności, zweryfikowania informacji na jego temat, przedstawienia jakichkolwiek dokumentów. Działania strony pozwanej powodowały wytworzenie atmosfery skandalu wobec powoda, ukazując go w bardzo niekorzystnym świetle, upokarzając go w oczach opinii publicznej, skazując jednocześnie na społeczną krytykę i potępienie. Uzasadniając dochodzoną
--- STRONA 2 ---
kwotę zadośćuczynienia M. N. oznajmił, że nie jest ona wygórowana, a jednocześnie w sposób godny ma zadośćuczynić poczuciu publicznego upokorzeniu, niszczeniu dobrego imienia powoda oraz uderzenia w jego godność. W piśmie z dnia 24 lipca 2017 roku powód doprecyzował żądanie pozwu podając, że wnosi o zobowiązanie strony pozwanej do zaniechania działania naruszającego dobra osobiste powoda w postaci czci poprzez nakazanie usunięcia przedmiotowego artykułu. Ewentualnie, zażądał usunięcia jego części tj. treści naruszających dobra osobiste powoda, przedstawiając te części artykułu. W odpowiedzi na pozew strona pozwana Grupa (...).pl sp. z ograniczoną odpowiedzialnością spółka komandytowa z siedzibą w K. wniosła o jego oddalenie oraz zasądzenie kosztów postępowania, w tym kosztów zastępstwa procesowego. Przyznała, że jest wydawcą i administratorem portalu w którym został umieszczony sporny artykuł. Zaprzeczyła jednak, aby w jakikolwiek sposób naruszał on dobra osobiste powoda. Strona pozwana podała, że wskutek wystosowanego przez powoda przedsądowego wezwania dokonała zmian w treści artykułu, a o fakcie tym poinformowała go. Zaznaczyła też, że artykuł jest wywiadem prasowym, a zatem informacje czy oceny w nim zawarte, nie są przedstawiane przez jego autora, a wyłącznie przez osobę, z która wywiad jest przeprowadzany. Artykuł zawiera informacje o książce P. P., wywiad z autorem, mający na celu przedstawienie jego stanowiska oraz powodów dla których przygotował książkę. Strona pozwana przyznała, że autor książki prezentuje sceptyczny stosunek do działalności powoda, jednak nie może on stanowić jakiejkolwiek podstawy dla odpowiedzialności strony pozwanej, zwłaszcza, iż powód jest osobą publiczną, a przez to może być narażony na krytykę. Strona pozwana wskazała, że przytoczone przez powoda fragmenty artykułu zostały wyrwane z kontekstu, co skutkowało głównie nadaniem im innego, zniekształconego sensu i znaczenia, aniżeli ten, który jest uprawniony po lekturze całego artykułu. W żadnym też fragmencie wywiadu powód nie został utożsamiony z innymi bohaterami artykułu, jako osobami skazanymi. Celem artykułu nie było pokrzywdzenie powoda, lecz poinformowanie opinii publicznej o książce i prezentowanych w niej poglądach jej autora, gdzie osoba powoda stanowi wyłącznie jeden z elementów rozważań. Replikując, powód wskazał , że strona pozwana dokonując zmiany treści przedmiotowego artykułu uznała co do zasady roszczenie o naruszenie dóbr osobistych. W jego ocenie, strona pozwana próbuje zwolnić się od odpowiedzialności wskazując, że artykuł stanowi wywiad, który stanowi materiał prasowy. M. N. zaznaczył, iż forma wywiadu nie zwalnia strony pozwanej z odpowiedzialności za publikację artykułu. Nadto wskazał, że zestawienie go z gronem innych osób opisywanych w książce narusza jego dobra osobiste, sugerując iż również on zalicza się do grona osób oszukujących ludzi, tyle że do tej pory nie został za to skazany. Wydźwięk artykułu przedstawia powoda jako człowieka żerującego na ludzkiej naiwności, co jest potępiane w społeczeństwie. Sąd ustalił następujący, w zasadzie niesporny, stan faktyczny: W dniu 20 lutego 2017 roku w serwisie (...) którego administratorem jest strona pozwana, został opublikowany artykuł pt. „NAZYWAŁ KOBIETY ‘KOCMOŁUCHAMI’. I TAK GO UWIELBIAŁY.” W artykule tym Ł. P. przeprowadził wywiad z P. P., autorem książki „Przekręt. Najwięksi kanciarze PRL-u i III RP”. W wywiadzie tym znalazły się następujące wypowiedzi. Ł. P.: Przygląda się pan pieniądzom, które kasjer wydaje panu w sklepie? P. P.: Niestety nie, choć pewnie powinienem, bo w Polsce np. pięciozłotówki były już nie raz fałszowane. Ł. P.: I m.in. taką historię przytacza pan w swojej książce pt. (...). Przypomnijmy - mężczyzna z wykształceniem podstawowym w swojej stodole produkował pięciozłotówki. Podobno były bardzo dobrze podrobione. P. P.: Ten człowiek działał sam, chałupniczo. To dla mnie punkt wyjścia czy też komentarz do historii innego fałszerza, który działał na znacznie większą skalę i wyrządził znacznie większe szkody. Również działał chałupniczo, ale w przeciwieństwie do tego "pięciozłotówkarza", był prawdziwym artystą - jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało. Ł. P.: Mowa o C. B., polskim emigrancie we Francji, świetnie wykształconym, bo przecież B. był architektem. P. P.: Skończył politechnikę w międzywojniu, a to było coś. We Francji znalazł się w wyniku wojny. Trudno mu było znaleźć pracę w zawodzie, bo słabo znał francuski. Na pewno okoliczności zewnętrzne wpłynęły na jego biografię, ale to go nie usprawiedliwia, bo trzeba pamiętać, że B. dość bogato się ożenił. Z pewnością jednak czuł się niedowartościowany we Francji i uważał, że zasługuje na więcej. Był świetnym wynalazcą, ale okres tuż po wojnie mu nie sprzyjał. B. otworzył firmę, ale szybko splajtował i musiał ją zamknąć. Ł. P. : Wymyślił i opatentował kapsułki na kawę, które wówczas w ogóle się nie przyjęły. Po wielu latach pewien Szwajcar zaczerpnął z pomysłu B. i na kapsułkach zbił fortunę.
--- STRONA 3 ---
P. P.: Rzeczywiście, można powiedzieć, że B. w pewnym sensie został oszukany przez innych, kiedy mowa o tych kapsułkach. Niewątpliwie był bardzo utalentowany i gdyby nie wojna, to pewnie nie musiałby uciekać do Francji i byłby w niekomunistycznej Polsce wziętym architektem i wynalazcą. Ł. P.: Najbardziej niesamowite jest to, że podrobione przez B. pieniądze na rynku kolekcjonerskim są dziś warte więcej niż faktyczna wartość prawdziwego banknotu. P. P.: Proszę sobie wyobrazić, że ma pan obraz V. G., ale specjaliści stwierdzają, że jest to jednak fałszywka. Taki obraz można wyrzucić na śmietnik, bo wartość drastycznie spada. Dokładnie odwrotnie jest w przypadku banknotów B.. Niedawno podrobiony przez B. banknot został sprzedany za 7 tysięcy euro. To pokazuje kunszt B. i jego przeogromny talent. Ł. P.: Miał pan okazje widzieć te banknoty na własne oczy? P. P.: Nie miałem takiej możliwości, ale kiedy kilka lat temu byłem we Francji, widziałem ogromne przedruki tych banknotów. One się minimalnie różniły od oryginałów, ale do dziś uważane są za dzieła sztuki. Ł. P.: Różniły się podobno tym, że na podróbkach B. kosmyk włosów N. był nieco dłuższy niż w oryginale, ale to można było dostrzec dopiero po wielogodzinnych oględzinach banknotu pod mikroskopem. P. P.: Takie informacje pojawiały się w polskich artykułach, ale nie znalazłem ich we francuskich materiałach. Każdy banknot minimalnie różnił się od drugiego, więc być może na którymś faktycznie ten kosmyk włosów był nieco dłuższy. Natomiast niezaprzeczalnym faktem jest to, że najwięksi francuscy specjaliści byli pod ogromnym wrażeniem pracy B.. Nigdy wcześniej nie spotkali się z tak dobrze podrobionymi pieniędzmi. Spędzali długie godziny na oglądaniu banknotów pod mikroskopem i bardzo trudno było im dociec, czy mają do czynienia z fałszywkami. Organy ścigania we Francji były przekonane, że stoi za tym międzynarodowa szajka fałszerzy. W rzeczywistości za podrabianie odpowiedzialny był jeden człowiek, który na dodatek pieniądze podrabiał w domu na wykonanym przez siebie i raczej prymitywnym, choć bardzo pomysłowym sprzęcie. To świadczy o ogromnym kunszcie fałszerza z Polski. Zresztą B. to postać zdecydowanie bardziej znana we Francji niż w Polsce. Ł. P.: Czy dziś możliwe jest, żeby ktoś taki jak B. również tak doskonale podrabiał pieniądze? P. P.: Moim zdaniem w pojedynkę jest to niemożliwe. (...) kontroli i zabezpieczeń jest zbyt rozbudowany. Niemniej jednak pieniądze, które podrabiał B., na swoje czasy były bardzo nowoczesne. To była chyba ostatnia chwila, kiedy jeden człowiek w domowych warunkach mógł coś takiego zrobić. Można pół żartem powiedzieć, że B. powinien zostać idolem alterglobalistów, bo zatrząsł systemem bankowym we Francji. Ł. P.: Z Francji przenieśmy się do Polski, ale nie zapominając o Austrii bo mowa o kolejnym oszuście, którego losy opisuje pan w swojej książce – C. Ś., popularnym „konsulu”. Obejrzałem na YouTube fragment filmu dokumentalnego o „konsulu”, w którym wypowiada się sam „bohater” i mam wrażenie, że Ś. borykał się z problemami psychicznymi. Ta postać trochę mnie przeraża, choć to, co robił, wygląda raczej na komedię niż horror. P. P.: Mam podobne uczucia, jeśli chodzi o problemy psychiczne Ś.. Był badany psychiatrycznie, ale nie były to badania kompleksowe. Moim zdaniem miał on poważny rys psychiczny. Z punktu widzenia psychologów jest to niezwykle interesująca postać. Zauważmy, że we wszystkich jego kłamstwach – a mówił przecież, że jest inżynierem, górnikiem, naukowcem, agentem izraelskim, dyplomatą i tak dalej – był jeden wspólny mianownik: Ś. twierdził, że jest Żydem. I co ciekawe – to jedyny prawdziwy element w tych jego wcieleniach. Ś. pochodził z dosyć zamożnej, żydowskiej rodziny. Kiedy zaczęła się wojna, jako dziecko został uratowany przez polską rodzinę i przybrał fałszywą tożsamość właśnie C. Ś.. Czyli już to pierwsze kłamstwo, które ocaliło mu życie, kształtowało jego osobowość. Być może się mylę, ale wydaje mi się, że "konsul", zakładając w swym późniejszym życiu te wszystkie fantastyczne maski, szukał prawdy o sobie, tego pierwotnego I., który w tragicznym momencie swojego życia musiał stać się C., bo stawką było przecież jego życie. W Ś. bardzo wyraźnie widać wręcz przymus oszukiwania, który prowadził do destrukcji. Z punktu widzenia kunsztu oszusta "konsul" bezsensownie ryzykował, bo pojawianie się w ambasadach i składanie listów uwierzytelniających było nader ryzykownym posunięciem. Ś. tak bardzo wszedł w tę rolę, zżył się ze swoją postacią, że przestał zważać na to ryzyko. Dla niego poklask i sława były ważniejsze niż wpadka i zysk materialny, choć ten ostatni też był ważny, nie oszukujmy się. Niemniej jednak wewnętrzna potrzeba oszukiwania była silniejsza od chciwości. Ś. oszukiwał nawet w areszcie. Przebiera się za ortodoksyjnego Żyda i upiera się, że... nie zna żadnego C. Ś..
--- STRONA 4 ---
Ł. P.: Już po złapaniu sam o sobie mówił, że w tym szaleństwie była metoda. P. P.: I w bezczelności. Ś. wchodził w kolejne role i czuł się w nich jak ryba w wodzie. (...) otoczył się grupką ludzi, którzy ślepo wierzyli w jego obietnice, że będą u niego pracować i zarabiać ogromne pieniądze. Jeździli z nim po całej Polsce i dobrze się bawili. A już najlepiej z pewnością bawił się on sam. To była krótka, ale niesłychanie barwna przygoda. Niektórzy poszkodowani nawet już po zatrzymaniu "konsula" wypowiadali się o nim życzliwie. Ł. P.: Zastanawiam się, co naprawdę czuli bohaterowie pana książki. Być może w środku byli to bardzo nieszczęśliwi ludzie? P. P.: W przypadku Ś. być może tak było, bo jako dziecko przeżył gehennę. Natomiast nie zaryzykowałbym takiego stwierdzenia, że oni wszyscy byli nieszczęśliwi i dlatego robili to, co robili. Na pewno zmagali się z trudnościami życiowymi – to nie ulega wątpliwości. Pewnie niektórzy działali w przekonaniu, że to co robią, jest słuszne. Z. N. (1) nie okradał Peweksów tylko dlatego, że był nieszczęśliwy. To był zwyczajny bandyta, który chciał się wzbogacić. S. zyskał dzięki talentowi do ucieczek. Z kolei uważam, że np. bioenergoterapeuta Z. N. (2) może realnie wierzyć w to, że pomaga ludziom i ma misję do wykonania. Zatem nie generalizowałbym z tym życiowym nieszczęściem. Tak jak mówię – w przypadku Ś. czy B. te elementy na pewno są widoczne. Ł. P.: Wywołał pan do tablicy Z. N. (3), więc porozmawiajmy trochę o człowieku, który zasłynął z tego, że leczył ludzi, m.in. przez odbiornik telewizora. Co ciekawe - słynne "ręce, które leczą" wykonywały ruchy inspirowane I., a to wszystko oglądali w większości zagorzali katolicy. P. P.: Wyraźnie chciałbym podkreślić, co zresztą robię także w książce, że Z. N. (3) nie jest przestępcą. Nie można go określić mianem oszusta, bo nie został skazany za żadne przestępstwo. Natomiast ja go nazywam iluzjonistą. N. wiele różni od pozostałych bohaterów książki, ale łączy go sztuka budowania czegoś z pozorów. Moim zdaniem, co też wyraźnie podkreślam, bo to wyłącznie moja prywatna opinia, ta cała poetyka wytworzona wokół jego zdolności uzdrowicielskich jest nieprawdziwa. Nie chciałem pisać całej biografii N., ale zamiast tego wolałem wziąć pod lupę to, co on sam o sobie pisze, i na "chłopski rozum" ocenić. I po takiej analizie, stawiam tezę o wspomnianym iluzjonizmie – sztuce budowania czegoś z niczego. Ł. P.: Pisze pan, że N. tych niezwykłych mocy dopatrywał się u siebie już jako dziecko. Przytacza pan m.in. historię, kiedy zaledwie kilkuletni Z. N. (2) wziął do rąk zranionego ptaszka, ten po chwili odleciał pełen sił. Ponadto dokładnie wypunktował pan N. i wszystko to, co pisze on o swoich talentach. W nauce nie istnieje coś takiego, jak "kręgosłup kwantowy", o którym wspomina N.. P. P.: To jest kwestia wiary. Można wierzyć w te moce lub nie. Ja akurat nie wierzę. Jeśli ktoś to kupuje, to jego sprawa. Ł. P.: Na stronie internetowej N. roi się od świadectw, certyfikatów i podziękowań. Jeden z wpisów do księgi pamiątkowej jest autorstwa byłego ministra zdrowia M. Z., który z zawodu jest lekarzem kardiochirurgiem, profesorem nauk medycznych. Z tego co wiem, to lekarze zazwyczaj są przeciwni w łączeniu medycyny z medycyną niekonwencjonalną. P. P.: Ten jego wpis jest dość ogólny, więc to go może w jakiś sposób wyjaśniać. Rozumiem, że pan N. wykorzystuje przychylne głosy na swój temat i między innymi tymi głosami się reklamuje. To leży w jego interesie. Sam jestem ciekaw, jaki stosunek do "branży" N. ma M. Z.. Ł. P.: Z. N. (3) popierają również księża Kościoła (...) i to już jest dosyć zaskakujące... P. P.: Niektórzy księża, bo oczywiście nie wszyscy. Większość duchownych, których poglądy znam, uważa, że bioenergoterapia nie jest zbieżna z nauką Kościoła (...). Nie będę jednak wyrokował. Sam N. podkreśla swe związki z K.. Uważam, że przez telewizor, zdjęcia czy kalendarze żadna energia - boska czy nieboska - nie przepływa. To moja prywatna, publicystyczna opinia. Ł. P.: Rozumiem, że liczy się pan z tym, że Z. N. (3) wytoczy panu proces? P. P.: Jeśli uzna, że ma ku temu powody i że warto, to oczywiście może to zrobić. Tak jak każdy inny człowiek. Rezerwuję sobie jednak prawo do własnej oceny osoby, która jest przecież osobowością publiczną (była niezwykle popularna w latach dziewięćdziesiątych, do dziś ma swój program telewizyjny). Nie ukrywam, że bywam w tej ocenie złośliwy, ale złośliwość zakazana nie jest. Ł. P.: Zostawmy temat Z. N. (3) i porozmawiajmy trochę o postaci, która na mnie zrobiła chyba najgorsze wrażenie. K. - dziś lansowany przez niektóre media na największego amanta w powojennej Polsce, a tak naprawdę ten prosty rybak z D. był gwałcicielem, stręczycielem, złodziejem i uwodzicielem nieletnich. P. P.: I w tym przypadku to nie jest wyłącznie nasza prywatna opinia, ale fakty poparte prawomocnym wyrokiem sądu. W tej historii ten rozziew między mitem budowanym przez lata a realną postacią jest chyba największy w porównaniu z innymi bohaterami książki. Mnie również trudno było wykrzesać jakieś iskierki sympatii wobec K.. Niewątpliwie J. K. - znowu źle to zabrzmi - był niesamowicie utalentowany. Potrafił ujmować swoją osobą, bardzo łatwo nawiązywać kontakty, kreować się na księcia z bajki. Wszystko to wykorzystywał do działalności przestępczej.
--- STRONA 5 ---
Ł. P.: Ten mit K. został utrwalony w formie serialu (...), który z prawdziwą twarzą głównego bohatera nie miał zbyt wiele wspólnego, bo ten wyreżyserowany wizerunek żigolaka był do granic możliwości złagodzony. P. P.: Mimo wszystko (...) nie jest postacią jednoznacznie pozytywną, niemniej serial ma się nijak do rzeczywistości. Zapomina o najciemniejszej stronie działalności tej postaci. K. nawiązywał znajomości z nieletnimi, bardzo często pochodzącymi z bogatych domów dziewczynami, uwodził je, a następnie szantażował. Wywoził do lasu, rozbierał do naga i robił im zdjęcia. Groził, że jeśli puszczą parę z ust, fotografie ujrzą światło dzienne. Ł. P.: J. K. ruszył w Polskę w stroju rybackim. Następnie ukradł pewnej kobiecie jej ubranie i paradując w damskich dżinsach, zaprzyjaźnił się z dwiema Niemkami. P. P.: Z punktu widzenia skuteczności działań jest to niesamowita postać, wręcz ponadprzeciętna. Potrafił się odnaleźć w ekstremalnych warunkach. Kilka razy zaczynał zupełnie od zera. Czasami nie miał nawet ubrania. Potrafił zbudować mit wokół swojej postaci, bo przecież w sądzie mówił, że robił to wszystko z miłości, że zabierał jednym, żeby oddawać drugim. Nawet w tych jego oficjalnych wypowiedziach wybrzmiewała jednak rzecz, która mnie uderzyła – on tak naprawdę gardził kobietami. Ł. P.: Nazywał je kocmołuchami... P. P.: Tak. Traktował je niezwykle instrumentalnie, ultraegoistycznie. K. to postać miejscami bezwzględna, dopuszczająca się przemocy do części tych biednych dziewczyn, które wpadały w jego sidła. Ł. P.: Opisuje pan historie kobiet, które godzinę po poznaniu J. K. przedstawiały go swoim rodzicom i oznajmiały, że mają zamiar wyjść za niego za mąż. K. nie brakowało skuteczności, tak samo jak tym kobietom naiwności. Nie chce mi się jednak wierzyć, że wszystkie kobiety mu ulegały. P. P.: Na pewno nie miał stuprocentowej skuteczności, ale do porażek oczywiście nigdy się nie przyznawał. Ciężko zweryfikować, ile dokładnie kobiet uwiódł i oszukał, bo z pewnością część osób, które zostały pokrzywdzone przez K., z powodu wstydu nigdy nie zgłosiła się na milicję. K. dokonywał swoistej preselekcji, dobierał sobie odpowiedni "target". Najczęściej były to młode dziewczyny z bogatych rodzin, wyglądające na trochę znudzone życiem i szukające jakichś przygód. Pamiętajmy, że mówimy o przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, zatem o trudnym, kryzysowym momencie w historii PRL. K. był młody, przystojny, wyglądał na faceta z Zachodu, więc wszystko to - w połączeniu z jego talentem i sprytem - sprawiało, że dziewczyny wpadały w jego sieci. Ł. P.: Próbował się pan kontaktować z J. K.? P. P.: Myślałem o tym, ale w pewnym momencie uznałem, że jednak nie chcę tego robić. Wyszedłem z założenia - co być może komuś się nie spodoba - że będę traktował opisywane postaci jako "eksponaty". Chcę patrzeć na nie "zza szyby". Zastanawiałem się, o co mógłbym zapytać takiego K.. Przyszedłbym do niego i powiedział: uważam pana za bezwzględnego drania, co pan na to? Ł. P.: Sprzedałby panu bajkę o romantycznym amancie. P. P.: Albo pogonił. Ł. P.: Wątek seksualny to również temat przewodni kolejnej postaci, której losy przedstawia pan w (...). Mowa o A. P., samozwańczej hrabiance, a tak naprawdę zwykłej dziewczynie, M. D.. Kobieta ta oficjalnie twierdziła, że spała z najważniejszymi polskimi politykami z początku lat dziewięćdziesiątych. Najciekawsze jest to, że żaden z nich nie wytoczył jej procesu, choć D. mówiła o konkretnych nazwiskach. P. P.: Można zrozumieć, że dla części osób nie warto było rozpętywać całej sprawy i sztucznie podtrzymywać zainteresowania tą osobą. Natomiast pamiętajmy, że ona rzeczywiście przynajmniej w jednym przypadku ferowała bardzo mocne oskarżenia. Mianowicie oskarżyła ówczesnego marszałka A. K. (1) o gwałt. Jak wspomnieliśmy, charakterystyczne jest to, że żadna ze stron nie wytoczyła sprawy sądowej. Ponadto, kiedy popatrzymy na te jej pamiętniki erotyczne, które opublikowała (napisał je zresztą ghostwriter) i które rozeszły się w nakładzie 400 tysięcy egzemplarzy, to zauważymy, że oprócz plotek, aluzji i niedomówień, faktów jest tam zaskakująco mało. I to dla mnie jest również sztuka budowania czegoś z niczego. Ł. P.: Mnie jednak trochę zaskakuje to tłumaczenie polityków, że nie będą wytaczać procesów, bo szkoda im czasu na kogoś takiego jak D.. Przecież D. codziennie pojawiała się w sejmowych kuluarach, miała bardzo dobry kontakt z politykami, więc skoro głośno mówiła, że spała z L. M. czy A. K. (2), to mimo wszystko godziła w ich dobre imię, a M. czy K. nie byli anonimowymi politykami. P. P.: G. D. bardzo szybko zbladła, więc jestem w stanie zrozumieć taką a nie inną decyzję tych polityków. Oczywiście niewystępowanie na drogę sądową naznaczone było jakimś ryzykiem - skoro insynuacje nie zostały rozstrzygnięte prawnie, to sensancje A. P. mogły budzić domysły, jak było naprawdę. To dylemat wizerunkowy: przemilczeć sprawę i w ten sposób ją wyciszyć czy dążyć do jej definitywnego zamknięcia, ale kosztem "karmienia trolla". Ł. P.: Oskarżenie kogoś o gwałt to bardzo ciężki kaliber i nie można przejść obok tego obojętnie.
--- STRONA 6 ---
P. P.: Chyba już nigdy nie dowiemy się, dlaczego K., który uważał się za niewinnego, nie poszedł z tym do sądu. Później jego polityczna gwiazda zbladła. Na ile było to winą D., a na ile po prostu naturalną konsekwencją przetasowań politycznych - nie sposób ustalić. Zmarł w 2007 roku. Ł. P.: Kto zrobił na panu największe wrażenie spośród tych wszystkich postaci opisanych w książce? P. P.: Jeśli chodzi o osobowość, to chyba najbardziej zafrapował mnie C. Ś.. Człowiek o bardzo skomplikowanej osobowości. Natomiast z punktu widzenia zdolności artystycznych, to z pewnością C. B., bo to niezwykle pomysłowy i utalentowany człowiek. Ł. P.: Doszukiwał się pan jakichś wspólnych cech wśród tych osób? Z. N. (3) nie bierzmy pod uwagę, bo mówimy teraz wyłącznie o osobach, które weszły w konflikt z prawem. P. P.: Moim zdaniem wszystkie te postacie posiadały wewnętrzną potrzebę wybicia się ponad przeciętność, osiągnięcia czegoś. Większość z nich pochodziła z prowincjonalnych regionów, gdzie rzeczywiście trudno było zaistnieć. Mam wrażenie, że m.in. dlatego byli tak bardzo zdeterminowani w dążeniu do splendoru i poklasku. Często wiązało się to z potrzebą wygodnego życia i bogactwa. Ł. P.: Myśli pan, że tacy ludzie jak K., Ś., B. czy D. mają dziś swoich naśladowców i następców? Czy raczej w dzisiejszych czasach nie ma mowy o zrobieniu takich "karier" jak opisywane w pana książce postaci? P. P.: W dobie globalnej wioski, sieci monitoringu, Internetu, portali społecznościowych jest o to znacznie trudniej, ale nie zaryzykuję tezy, że to niemożliwe. Z jednej strony większość moich bohaterów (Ś., K., N., N.) dokonywała swoich "wyczynów" w rzeczywistości PRL-u, gdzie dało się wykorzystywać meandry skostniałej biurokracji, pułapki schematyzmów itp. Z drugiej, sprzyjające okazały się także chaotyczne czasy transformacji, czyli początek lat dziewięćdziesiątych. Jak widać na odmiennych przykładach N. i D., była wtedy spora szansa na zaistnienie w niekonwencjonalny sposób w świadomości społeczeństwa. Dziś te wszystkie możliwości zaistniały chyba przede wszystkim w świecie wirtualnym. Nie oznacza to wcale, że pole manewru zostało zawężone. Wręcz przeciwnie. Dowód: - odpis artykułu k. 75 -84 M. N. od 1991 roku prowadzi zarejestrowaną działalność paramedyczną. Jest dyplomowanym mistrzem bioenergoterapii. Odbył również kursy przygotowujące do wykonywania zawodu naturopaty. Powód był biegłym sądowym przy Sądzie Okręgowym w Warszawie. Dowód: - wpis do (...) k. 122-123 - certyfikat k. 125, k.129 - dyplom k. 126, k. 128 - zaświadczenie k. 130 -132 Powyższy stan faktyczny był pomiędzy stronami w zasadzie niesporny. W pozostałym zakresie Sąd ustalił go w oparciu o przywołane dowody z dokumentów, których wiarygodność ani autentyczność nie była kwestionowana przez strony. Pozostałe dowody Sąd pominął jako nieistotne dla rozstrzygnięcia sprawy. Sąd oddalił wniosek o dopuszczenie dowodu z zeznań świadków: A. N., A. B., A. K. (3), R. K., E. E., A. M., L. K., M. B., A. G., K. K. (3), W. P., M. P.. Zgodnie z art. 227 k.p.c., przedmiotem dowodu są fakty mające dla rozstrzygnięcia sprawy istotne znaczenie. Przesłuchanie wymienionych świadków na okoliczności wskazane w pozwie oraz doprecyzowane na rozprawie w dniu 25 października 2017 roku, znaczenia takiego nie miało. Należy wskazać, że kwalifikacje powoda zostały poparte przedłożonymi przez niego dyplomami i zaświadczeniami o odbytych kursach, zaś okoliczności takie jak podejmowanie współpracy z lekarzami czy angażowanie się M. N. w działalność charytatywną pozostają poza obszarem zainteresowania przedmiotowego postępowania. Zmodyfikowana przez pełnomocnika powoda na rozprawie w dniu 5 grudnia 2018 roku teza dowodowa tj. zakres skuteczności działań powoda nie mógł wpłynąć na zmianę postanowienia dowodowego. W ocenie Sądu działalność uprawiana przez powoda, związana z niekonwencjonalnymi metodami leczenia, nie poddaje się obiektywnej weryfikacji, a przez to przesłuchanie świadków
--- STRONA 7 ---
na tę okoliczność było zbędne. Zwłaszcza, że kwestionowane fragmenty publikacji internetowej zawierały wypowiedzi oceniające, a te nie mogą być weryfikowane w kategorii prawdy lub fałszu. Oddaleniu podlegał również wniosek o przesłuchanie powoda. Dowód z przesłuchania stron postępowania jest dowodem subsydiarnym, który powinien być dopuszczony w przypadku gdy po wyczerpaniu innych środków dowodowych lub w ich braku pozostają niewyjaśnione fakty istotne dla rozstrzygnięcia sprawy. Zdaniem Sądu materiał dowodowy zgromadzony w postępowaniu był dostateczny dla merytorycznego rozstrzygnięcia sprawy, wobec czego przesłuchiwanie M. N. nie było konieczne. Sąd zważył, co następuje: Powództwo jako niezasadne podlegało oddaleniu. Zgodnie z art. 23 k.c. dobra osobiste człowieka, jak w szczególności zdrowie, wolność, cześć, swoboda sumienia, nazwisko lub pseudonim, wizerunek, tajemnica korespondencji, nietykalność mieszkania, twórczość naukowa, artystyczna, wynalazcza i racjonalizatorska, pozostają pod ochroną prawa cywilnego niezależnie od ochrony przewidzianej w innych przepisach. Stosownie zaś do treści art. 24 § 1 k.c. ten czyje dobro osobiste zostaje zagrożone cudzym działaniem, może żądać zaniechania tego działania, chyba że nie jest ono bezprawne. W razie dokonanego naruszenia może on także żądać, ażeby osoba, która dopuściła się naruszenia, dopełniła czynności potrzebnych do usunięcia jego skutków, w szczególności ażeby złożyła oświadczenie odpowiedniej treści i w odpowiedniej formie. Na zasadach przewidzianych w kodeksie może on również żądać zadośćuczynienia pieniężnego lub zapłaty odpowiedniej sumy pieniężnej na wskazany cel społeczny. M. N. domagał się od strony pozwanej złożenia oświadczenia zawierającego przeprosiny oraz zapłaty kwoty 50.000 zł zadośćuczynienia za naruszenie jego dóbr osobistych w postaci czci. W tym miejscu należy wskazać, że w czci człowieka odróżnia się jej dwa aspekty – wewnętrzny tj. godność osobistą, który obejmuje wyobrażenie człowieka o własnej wartości oraz oczekiwanie szacunku ze strony innych ludzi, zewnętrzy zaś aspekt oznacza dobrą sławę, dobrą opinię innych podmiotów, szacunek, którym obdarza jednostkę otoczenie. Do naruszenia dobra osobistego w postaci czci może dojść w wieloraki sposób np. za pośrednictwem pisma, mowy, w środkach masowego przekazu czy książkach. Pośród wypowiedzi naruszających cześć rozróżnia się te dotyczące faktów – opisowe oraz wyrażające opinie – oceniające. Wypowiedzi oceniające są dopuszczalne o ile mieszczą się w granicach rzeczowej i konstruktywnej krytyki. Krytyka jest działaniem społecznie pożytecznym i pożądanym, jeżeli podjęta została w interesie społecznym, jeżeli jej celem nie jest dokuczenie innej osobie oraz jeżeli ma cechy rzetelności i rzeczowości (por. wyrok Sądu Najwyższego z dnia 19 września 1968 roku, sygn. akt II CR 291/68). Jedynie wypowiedzi dotyczące faktów mogą być weryfikowane pod kątem prawdziwości bądź też fałszywości. Krytyczna ocena osoby, jej zachowania lub twórczości nie powoduje jeszcze powstania roszczeń służących do ochrony dóbr osobistych, jeśli jest ona rzeczowa, a także rzetelna. Przywołane cechy wypowiedzi wykluczają bowiem bezprawność zachowania krytykującego. Jak wskazał Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 23 maja 2002 roku, sygn. akt IV CKN 1076/00 „W wypadku naruszenia dóbr osobistych polegających na obrazie czci uwzględniać należy nie tylko znaczenie słów, ale również kontekst sytuacyjny, w którym zostały użyte.” Na poparcie swojego żądania M. N. wskazał, że strona pozwana publicznie, na prowadzonym przez siebie serwisie internetowym (...) umieściła artykuł, który zawierał treści naruszające jego dobra osobiste. Wypowiedzi te miały następującą treść: - „bo mowa o kolejnym oszuście, którego losy opisuje pan w swojej książce”; - „Zastanawiam się, co naprawdę czuli bohaterowie pana książki. Być może w środku byli to bardzo nieszczęśliwi ludzie?”; - „Na pewno zmagali się z trudnościami życiowymi – to nie ulega wątpliwości. Pewnie niektórzy działali w przekonaniu, że to co robią, jest słuszne”; - „Z kolei uważam, że np. bioenergoterapeuta Z. N. (2) może realnie wierzyć w to, że pomaga ludziom i ma misję do wykonania”; - „Co ciekawe –słynne „Ręce, które leczą” wykonywały ruchy inspirowane I., a to wszystko oglądali w większości zagorzali katolicy”; - „Ja go nazywam iluzjonistą”;
--- STRONA 8 ---
- „N. wiele różni od pozostałych bohaterów książki, ale łączy go sztuka budowania czegoś z pozorów”; - „Rozumiem, że pan N. wykorzystuje przychylne głosy na swój temat i między innymi tymi głosami się reklamuje. To leży w jego interesie”; - „Jak widać na odmiennych przykładach N. i D., była wtedy spora szansa na zaistnienie w niekonwencjonalny sposób w świadomości społeczeństwa. Dziś te wszystkie możliwości zaistniały chyba przede wszystkim w świecie wirtualnym. Nie oznacza to wcale, że pole manewru zostało zawężone. Wręcz przeciwnie”. Odnosząc się do pierwszego z przywołanych fragmentów artykułu nie może budzić żadnych wątpliwości, iż nie odnosi się on do powoda, a do C. Ś.. Nadto trzeba też wskazać, że w dalszej części artykułu, P. P. wprost stwierdza, iż powód nie jest oszustem, gdyż nie został skazany za żadne przestępstwo. Biorąc pod uwagę, że przytoczona wypowiedź nie dotyczy M. N., nie może ona naruszać żadnego jego dobra osobistego. Pogląd P. P., iż powód inspirował się I. stanowi tylko jego ocenę, a nie fakt, podlegający weryfikacji. Nawet przy podzieleniu poglądu jak tego domaga się powód, że jest to wypowiedź nieprawdziwa, nie będzie to tożsamym z uznaniem wypowiedzi za godzącą w jakiekolwiek dobro osobiste powoda. Z uwagi na to, że druga i trzecia z przytoczonych wypowiedzi stanowi jeden wątek wywiadu należy do nich odnieść się łącznie. I tak, w żadnym wypadku nie można przyjąć, iż autor sugeruje, że powód jest nieszczęśliwym człowiekiem. Lektura całości wywiadu prowadzi do jednoznacznego wniosku, iż osąd ten dotyczy wspomnianych wyżej postaci C. Ś. i C. B.. Założenie to prowadzi do wniosku, że kontestowana przez powoda odpowiedź P. P. również nie może dotyczyć jego, lecz wspomnianych postaci opisywanych w jego książce. Sugestia powoda, iż fragment ten dotyczy jego osoby jest wyłącznie jego subiektywną, niemającą oparcia w treści wywiadu, opinią. Nie można przychylić się również do twierdzeń powoda, iż nazwanie go iluzjonistą narusza jego cześć. Godzi się zauważyć, iż bioenergoterapia podobnie jak inne sposoby medycyny niekonwencjonalnej wśród dużej części społeczeństwa budzą znaczny sceptycyzm. Opinia ta może być uznana przez powoda za nieprzychylną czy nawet krytyczną, jednak nie może po stronie powoda rodzić roszczenia o ochronę dóbr osobistych. Mieści się ona bowiem w granicach dozwolonej krytyki. W szczególności przy uwzględnieniu, iż powód jest osobą publiczną, a przez to granice dopuszczalnej krytyki są szersze niż w przypadku osób, które nie są powszechnie rozpoznawalne. Jest to wyłącznie stanowisko zawierające prywatną opinię jej autora, które nie podlega weryfikacji jako prawdziwe bądź fałszywe. Nazwanie kogoś „iluzjonistą” w powszechnym odczuciu nie ma charakteru pejoratywnego, a subiektywne odczucie powoda w tym zakresie nie jest wystarczające do stwierdzenia naruszenia jakiegokolwiek dobra prawnego. Z podobnych względów Sąd nie uznał, iż w dobra osobiste powoda godzi pogląd zgodnie z którym „N. wiele różni od pozostałych bohaterów książki, ale łączy go sztuka budowania czegoś z pozorów”. Powód na poparcie swojego stanowiska o krzywdzącym charakterze tej wypowiedzi podaje, iż P. P. bagatelizuje jego działalność, ujmuje jego dokonaniom czy też że działania powoda nie przynoszą pozytywnych efektów. Jak wskazano wyżej, autor przedstawił wyłącznie swoje krytyczne stanowisko, do którego był uprawniony. Powód zaś musi godzić się z faktem, iż nieweryfikowalne naukowo metody leczenia, którymi się zajmuje, mogą spotykać się w odbiorze osób trzecich z niedowierzaniem czy nieufnością. Z tej też przyczyny za naruszającą cześć powoda nie może być poczytana wypowiedź autora, iż powód może faktycznie wierzyć, w to że to realnie pomaga ludziom. Dóbr osobistych powoda nie naruszały też dwa ostatnie kwestionowane poglądy. W ocenie Sądu jest rzeczą naturalną, iż powód publikuje przychylne wypowiedzi na swój temat, zwłaszcza te, które są wyrażane przez znane osoby jak choćby prof. M. Z.. P. P. odniósł się jedynie do faktu, iż na stronie internetowej powoda znajdują się wpisy znanych osób, lecz w żadnym razie jego wypowiedź nie może być uznana, jak tego domaga się powód, za zdrożną, podobnie jak stwierdzenie, iż powód dąży do osiągnięcia sławy. Subiektywne poczucie urazy odczuwane przez powoda wskutek opublikowanego wywiadu, samo w sobie nie stanowi dostatecznej podstawy do uznania, iż strona pozwana w sposób bezprawny naruszyła dobra osobiste M. N.. Podkreślić należy, że ocena, czy nastąpiło naruszenie dobra osobistego, jakim jest stan uczuć, godność osobista i nietykalność cielesna ( art. 24 § 1 k.c.), nie może być dokonana według miary indywidualnej wrażliwości zainteresowanego (ocena subiektywna) - por. wyrok Sądu Najwyższego z dnia 11 marca 1997 roku, sygn. akt III CKN 33/97. To, czy doszło do naruszenia dóbr osobistych oceniać należy według kryteriów
--- STRONA 9 ---
zobiektywizowanych, a nie przy uwzględnieniu indywidualnego poziomu wrażliwości osoby, która twierdzi, że jej dobra osobiste naruszono. Mając powyższe na uwadze, uznając, że strona pozwana kwestionowanymi pozwem wypowiedziami nie naruszyła w sposób bezprawny żadnego z dóbr osobistych powoda, powództwo podlegało oddaleniu. Rozstrzygnięcie o kosztach procesu znajduje podstawę w art. 98 § 1 k.p.c., zgodnie z którym strona przegrywająca sprawę obowiązana jest zwrócić przeciwnikowi na jego żądanie koszty niezbędne do celowego dochodzenia praw i celowej obrony. Uwzględniając fakt, iż powód przegrał sprawę w całości w takim też zakresie obowiązany jest zwrócić koszty procesu poniesione przez stronę pozwaną wynoszące 4.320 zł. Na tę sumę złożyły się koszty zastępstwa procesowego ustalone na podstawie § 2 pkt 6 oraz § 8 ust. 1 pkt 2 Rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości z dnia 22 października 2015 roku w sprawie opłat za czynności radców prawnych.
Słowa kluczowe
#orzeczenie#Wyrok#Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 23 maja 2002 roku#I C 1082/17 UZASADNIENIE wyroku z dnia 5 grudnia 2018 r. Pozwem z dnia 21 czerwca 2017 roku powód M.#art. 480 k.c.#art. 227 k.p.c.#art. 23 k.c.#art. 24 § 1 k.c.#art. 98 § 1 k.p.c.